Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

| April 25, 2019

Scroll to top

Top

No Comments

Zawierucha w świecie niesporczaków

Zawierucha w świecie niesporczaków

 

Agnieszka Sobczak: – Jesteś badaczem przyrody, badaczem życia, odkrywcą, naukowcem, podróżnikiem. Twoja droga to realizacja marzeń z dzieciństwa? Od zawsze wiedziałeś, czym będziesz się w życiu zajmował, czy może wydarzyło się coś, co zasadniczo wpłynęło na twoją zawodową przyszłość?

Krzysztof Zawierucha: – Prawdę mówiąc, nie przesadzałbym z tym podróżnikiem. Byłem w kilku ciekawych miejscach, ale znam osoby, które zjechały cały świat, więc kilka wypraw to kropla w morzu. Od dzieciństwa wahałem się między historią a naukami przyrodniczymi. W liceum chodziłem do klasy o profilu biologiczno-chemicznym i to pewnie miało zasadniczy wpływ na moje późniejsze wybory. Marzyłem też o weterynarii. Później stwierdziłem, że chciałbym być fizjoterapeutą. Kiedy dostałem się na Uniwersytet Medyczny do Wrocławia, stwierdziłem, że jednak chcę zająć się biologią i odkrywaniem otaczającego mnie świata. Nie wiedziałem jeszcze, co chcę odkrywać, ale czułem, że powinienem podążać właśnie w tym kierunku.

 foto 2 - NA LODOWCU Longyearbreen- wywiad

Kiedy rozpocząłeś studia na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, wiedziałeś już, że biologia cię kręci?

Tak, choć nadal nurtowało mnie pytanie, jaka ta biologia? Czy molekularna, eksperymentalna, a może nauki o środowisku? Czy bardziej kręci mnie praca w laboratorium czy w terenie? Na drugim roku studiów miałem do wyboru pracownię botaniczną i zoologiczną. Pomimo że rośliny są inżynierami klimatu na naszej planecie i podstawą łańcucha troficznego, jakoś nie przekonywały mnie do końca, zatem wybrałem pracownię zoologiczną. Oznaczało to, że wpakowałem się w jedną z najbardziej różnorodnych szuflad z życiem na naszej planecie. Obecnie szacuje się, że samych owadów może być ponad milion gatunków, a tylko w Polsce jest opisane 6000 gatunków samych chrząszczy! Nasi zwierzęcy mikroskopijni kuzyni, czyli mikrozwierzęta, zasiedlili wszystkie możliwe miejsca na Ziemi. To naprawdę zaczęło robić się dla mnie intrygujące.

foto 5 - Na tle lodowca Longyearbreen- wywiad

Ale to nie chrząszcze zainteresowały cię szczególnie?

W szczególności zainteresowały mnie znacznie mniejsze od chrząszczy niesporczaki, czyli mikroskopijne bezkręgowce. I tak od kilku lat uparcie dążę do poznania tej grupy zwierząt i zrozumienia ich miejsca i znaczenia na naszej planecie.

 

Obecnie jesteś doktorantem na poznańskim uniwersytecie. Ale nie tylko tam zdobywasz wiedzę i doskonalisz swoje umiejętności.

Na początek chcę podkreślić, że studia same w sobie nie włożą nikomu wiedzy do głowy – taka ważna informacja dla wybierających się na uczelnie wyższe. Jeśli brakuje zainteresowania i zaangażowania, to nie ma efektów z pracy na zajęciach, wykładach. Trzeba doczytać, poszukać, poświęcić nie jedną noc na literaturę fachową. Przychodzi też taki moment, że wykłady i ćwiczenia to za mało. Nie dlatego, że wykładowcy nie są nas w stanie bardziej zainteresować. Po prostu znamy już ich podejście, metody, które stosują w badaniach, poglądy na interesujące nas sprawy.

 

Co jest zatem najistotniejsze dla ambitnego studenta?

We współczesnej nauce bardzo ważna jest mobilność. Należy jak najwięcej jeździć i pracować w różnych miejscach, aby „odświeżyć” swoje podejście, dyskutować z ludźmi, zobaczyć jak pracują inni, sprawdzić, jakie metody są bardziej efektywne, a następnie przenieść je na swoje własne „poletko badań”. Poza tym nauka ciągle pędzi. Ważne jest śledzenie najnowszej literatury naukowej.

 

Twój pierwszy naukowy wyjazd?

Pojechałem do Niemiec, do Technical University of Applied Sciences. Trwał on tylko kilka dni. Potem udało mi się zdobyć grant z funduszy europejskich na wyjazd i prowadzenie badań w Muzeum Zoologicznym w Danii. To była poważna przygoda, ponieważ mogłem się spotkać z najwybitniejszym zoologiem Reinhardem Kristensenem, pracować z nim, a nawet napisać jedną pracę. W Danii zwyczajowo pija się piwo do obiadu, co zdecydowanie pozwalało na luźniejsze dyskusje. Następnie spędziłem trzy miesiące przy pracy w eksperymencie w Instytucie Zoologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Szczerze to był kawał ciężkiej roboty. Pracowaliśmy nad plastycznością fenotypową niesporczaków, czyli najprościej tłumacząc, nad odpowiedzią morfologiczną organizmu (wydłużeniem lub karłowaceniem niektórych części ciała) na zmiany warunków środowiska (na przykład temperatury, dostępności pokarmu). Przez pierwsze tygodnie pracowaliśmy po 12-14 godzin dziennie przed mikroskopami. Zatęskniłem wtedy za koszeniem trawy i pracą na podwórku.

 

Byłeś też na kursie taksonomicznym w Paryżu, prawie w tym samym czasie.

Tak. Miałem tam przyjemność brać udział w ćwiczeniach, seminariach oraz posłuchać ciekawych wykładów na temat tego, czym jest właściwie gatunek, a sprawa nie jest oczywista i prosta, bo definicji gatunku jest kilkanaście. Najbardziej znana mówi, że gatunek to grupa osobników zdolna do krzyżowania i wydawania na świat płodnego potomstwa. Ale przecież ponad 90% organizmów na naszej planecie nie rozmnaża się płciowo, jak w obrębie tych grup określić gatunek? Jak potem opisywać bioróżnorodność? Potem było już tylko ciekawiej, ponieważ byłem w szkole astrobiologicznej na Islandii, gdzie uczyliśmy się o analogiach ekosystemów ziemskich do tych potencjalnie istniejących na innych planetach. Teraz kończę trzymiesięczny staż w British Antarctic Survey w Cambridge. Tu z kolei pracowałem nad materiałem z Antarktydy, gdzie szukałem… niesporczaków.

 

Uczestniczyłeś już w wielu wyprawach naukowych. Jesteś w nich zazwyczaj sam czy z innymi naukowcami?

Czy mogę powiedzieć, że w wielu? Myślę, że raczej nie, ale z pewnością były to ciekawe miejsca. Pierwsza poważna wyprawa to Spitsbergen w 2011. Było to dla mnie tak ekstremalne przeżycie, że do dzisiaj mi siedzi w głowie. Spitsbergen położony jest w europejskiej części Arktyki i jest największą wyspą w Archipelagu Svalbard. Na początek należy wspomnieć, że w trakcie lata w Arktyce temperatury są na plusie, a śnieg zalega tylko w górach. Tworzy się piękna mozaika lodowców, zielonej tundry oraz szczytów gór ze śniegiem. W trakcie pisania pracy licencjackiej opisywałem dwa nowe gatunki niesporczaków ze Spitsbergenu i uparłem się, że chcę zająć się Arktyką. Trafiła się świetna okazja. Współpracowałem wtedy w pewnym projekcie, w którym jedna osoba nie mogła polecieć na wyprawę i zadecydowano, że skoro cały czas pracuję i jestem efektywny, to można wysłać mnie. To był szok. O północy doleciałem do miasta Longyearbyen, administracyjnej stolicy Svalbardu, i trafiłem na słoneczną pogodę, przecież był dzień polarny! Następnie w hotelu spotkałem się z grupą malezyjskich naukowców, z którymi wyruszyliśmy na trzy tygodnie do Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie położonej na południu Spitsbergenu. Po drodze z oddali było widać lodowce i piękną tundrę, a kołysanie małej łodzi, jaką jest legendarny Elatnin, pozostanie już na zawsze w mojej pamięci. Pikanterii dodawał fakt, że wszędzie chodziliśmy z bronią, która jest stałym elementem wyposażenia podczas pieszych wędrówek w tym regionie, ze względu na ewentualną obronę przed misiami polarnymi.

 

Czym się zajmowałeś podczas pobytu na Spitsbergenie?

W okolicach stacji zbierałem materiał do badań, między innymi mchy, porosty oraz osady z lodowców. Wyprawa była bardzo owocna. Na podstawie zebranego materiału udało mi się opublikować kilka artykułów. Późniejsza wyprawa też pozostanie już na zawsze w pamięci. Kolejny raz był to Svalbard, tym razem w 2013 roku. Różnica była jednak diametralna. Mnie zależało na badaniu fauny bezkręgowców na różnych wyspach, a mojej koleżance z Gdańska na badaniach kolonii ptasich w Arktyce, które są wysunięte jak najdalej na północ. Mojemu koledze natomiast zależało na pomiarach wody na północy. Nie mając wystarczająco pieniędzy z naszych projektów, wspólnie ze znajomymi dobraliśmy turystów na rejs, aby opłacili część podróży. Obie strony były zadowolone. Spędziliśmy 12 dni na jachcie Spiritone i dopłynęliśmy aż do 80 równoleżnika, gdzie znajdują się ostatnie wyspy w tej części Europy. Do dziś pamiętam dużą kolonię morsów, które leżały na plaży, przepychały się i puszczały głośne niemiłosierne „bąki”. Byłem też w 2016 na Spitsbergenie, gdzie prowadziłem eksperymenty na lodowcach oraz zbierałem materiał z kriokonitów. To takie małe oczka wypełnione wodą na powierzchni lodowców, ale to już zupełnie inna historia.foto 4 - Na czapie lodowej na Grenlandii - wywiad

 

Odwiedziłeś też południowo-zachodnie wybrzeże Grenlandii. Samotnie czy również z przyjaciółmi, badaczami?

Na Grenlandię wybrałem się sam w 2015 roku. Wyprawa była samotna, ale doskonale zorganizowana pod względem badań. Byłem w niezwykłym miejscu, gdzie odległość od wybrzeża do czapy lodowej wynosi około 40 kilometrów. Po drodze można zobaczyć, jak zmienia się roślinność, a im bliżej czapy lodowej, tym lepiej można zaobserwować, jak szybko cofa się lód i jak szybko topnieje. To robi wrażenie, zwłaszcza że jest to największy magazyn wody słodkiej i płat lodu na półkuli północnej. Tam wynająłem przewodnika, który cierpliwie znosił mnie na czapie lodowej, a dokładnie to, że chciałem zatrzymywać się co chwila przy kriokonitach i pobierać z nich materiał. Nigdy nie zapomnę tego miejsca. Bezkresna „pustynia lodu”, która była pełna dolin, studni, małych rzek i organizmów, których nie widzimy „gołym okiem”, a są tak zwanymi ekstremofilami, czyli organizmami zdolnymi i czasem wymagającymi do życia skrajnych warunków, jak niskie temperatury. Może już się zatrzymam, bo mógłbym o tym długo opowiadać.

 

Co jest tak wyjątkowego w tych maleńkich niesporczakach, że poświęcasz im tyle czasu, uwagi, życia?

Niesporczaki to mikroskopijne bezkręgowce, które mają wielkość od 0,05 do 1 mm. Przypominają parówkę lub też beczkę z czterema parami odnóży. Kiedy się poruszają, to pod mikroskopem przypominają mikroskopijne misie, dlatego też w języku angielskim nazywane są waterbears. Do dziś opisano ponad 1200 gatunków tych zwierzaków i szacuje się, że jest ich kilkakrotnie więcej. Przedstawiciele niesporczaków to zarówno gatunki morskie, jak i lądowe. W wodzie żyją na roślinach oraz w osadach, z kolei na lądzie w mchach, porostach i glebie. Zatem mamy je w swoich ogródkach i na trawnikach przed domami. Zwierzęta te znane są z tego, że mogą żyć w ekstremalnych warunkach, takich jak głębiny oceanów czy wysokie partie gór. Ja ostatnio badam te, które żyją na lodowcach. Niesporczaki znane są jako ekstremofile potrafiące zapadać w stan anabiozy, czyli „życia utajonego”. Najprościej mówiąc, jest to stan innej niż normalna hibernacji, w której zwierzęta te mogą przetrwać niesamowite warunki. Niektóre gatunki niesporczaków mogą być zamrożone nawet przez trzydzieści lat i po tym okresie można je wybudzić. Są aktywne i zdolne do rozmnażania. Praca związana z niesporczakami, to praca z mikroskopem. Czasem kilka dni spędzonych na zbiorze materiału wiąże się z miesiącami pracy w laboratorium. Zbieramy materiał, ale potem trzeba sprawdzić, co w nim żyje i ile tego jest.

Ciemne niesporczaki z lodowców górskich widziane pod mikroskopem stereoskopowym

Równie dobrze potrafią sobie poradzić w ekstremalnie wysokich temperaturach?

Znoszą temperatury od zera absolutnego do +150 stopni Celsjusza. To tylko kilka przykładów ich odporności. Ze względu na te unikatowe cechy pośród zwierząt są stałym elementem badań astrobiologicznych i zostały wysłane kilka razy w przestrzeń kosmiczną.

 

Przeżyły?!

Oczywiście, że przeżyły. Co więcej, hodowle tych zwierząt po misjach kosmicznych pokazały, że mogą się rozmnażać. Ekspozycja w przestrzeni kosmicznej nie ma wpływu na ich potomstwo. To ważna informacja pokazująca, że te małe zwierzaki mają ogromne możliwości regeneracyjne, a stres w trakcie ich życia nie wpływa na młode. W ostatnich latach, a nawet ostatnio, ukazało się kilka niezłych prac, z których możemy się dowiedzieć, na jakich planetach niesporczaki w trakcie hibernacji, czyli anabiozy, mogłyby przeżyć.

 

W jaki sposób badania nad tymi zwierzątkami mogą wpłynąć na nasze życie?

W ubiegłym roku w prestiżowym naukowym czasopiśmie Nature opublikowano wyniki badań, w których pokazano, że białka produkowane podczas warunków stresowych przez niesporczaki mogą zostać wykorzystane w ochronie przed wysokimi dawkami promieniowania różnego rodzaju. Poza tym od dawna pracuje się nad badaniem odporności niesporczaków i zdolnościami ich regeneracji. Dziś to jeszcze science fiction, ale być może w przyszłości zastosowanie w biotechnologii? Dla mnie ciekawą obserwacją związaną z niesporczakami na lodowcach jest ich ciemny pigment, który najprawdopodobniej chroni je przed wysokimi dawkami promieniowania UV oraz fakt, że nawet po latach można je wybudzić z lodu. Kolejny ciekawy temat, dziś również pozostający w strefie science fiction, to praca opublikowana w 2001 roku w prestiżowym czasopiśmie medycznym The Lancet o wykorzystaniu wiedzy o organizmach takich jak niesporczaki na przykład w technice przechowywania materiału biologicznego w suchym stanie jako wysuszone tkanki. Niesporczaki można wysuszyć, a następnie je wybudzić, dając im kilka kropel wody. Dla mnie jako biologa środowiska ważna jest ich biomasa, szczególnie w eksperymentalnych ekosystemach, jakimi są lodowce. Być może w takich miejscach zwierzaki te pełnią ważną funkcję w obiegu węgla.

 

Czyli możemy się od misiów jeszcze dużo nauczyć?

Myślę, że tak. Nie jesteśmy wcale tacy wyjątkowi. Gdy przyjdzie kataklizm, to z pewnością my ludzie, a nie bakterie archeony czy mikroskopijne zwierzęta, będziemy mieli problem. Powinniśmy czuć duży respekt do tych małych bestii. W końcu biosfera funkcjonuje dzięki tym wszystkim małym organizmom, od bakterii i pierwotniaka do dębu i lwa.

 

Szczególnie interesuje cię Arktyka. Dlaczego?

A kogo nie interesuje Arktyka? Prawdopodobnie Antarktydę pokochałbym tak samo, a może bardziej, kto wie? Nie miałem jeszcze przyjemności odwiedzić południa naszej planety. Niektórzy mówią, że Arktyka, a w szczególności rejon Svalbardu, jest kuźnią klimatu w Europie. Oczywiście zgadzam się z tym stwierdzeniem. Obecnie obserwujemy najintensywniejsze topnienie lodu w historii naszej planety. Znaczne obszary lądów Arktyki to góry i lód. Zastanawiając się nad życiem na lodowcach, zastanawiam się też nad uciekającą różnorodnością organizmów, których już nigdy nie poznamy, kiedy stopnieją niektóre lodowce. Ponadto te organizmy żyją w temperaturze oscylującej wokół 0 w trakcie krótkiego lata polarnego, a następnie zamarzają na resztę roku. Posiadają unikatowe przystosowania do niskich temperatur. Organizmy na lodowcach decydują też o obiegu węgla na naszej planecie. Niektóre z nich pobierają CO2, jak cyjanobakterie, produkują materię organiczną, która jest zjadana przez inne organizmy, które z kolei produkują CO2.

 

Te zmiany i wykorzystywanie węgla, produkcja CO2 przez te mikroskopijne organizmy są aż tak ważne?

Tak, trzeba tylko sobie uświadomić, że czapy lodowe oraz lodowce to 10% powierzchni naszej ukochanej Ziemi i nagle wszystko wygląda w nieco innym świetle. Lodowce to też magazyn 75% wody słodkiej na naszej planecie, a także źródło wody dla ponad miliarda ludzi. To biała powierzchnia odbija promieniowanie słoneczne, które ociepla naszą planetę. Wraz ze wzrostem temperatury możemy obserwować zakwity glonów na powierzchni lodowców, które zmieniają kolor powierzchni lodu, skupiają promienie słoneczne i przyspieszają topnienie. To bardziej temat na wykład niż krótki wywiad.

 

I to jest jeden w wielu powodów twojego szczególnego zainteresowania Arktyką.

Dokładnie. Arktyka jest ciekawa, ponieważ można tam obserwować procesy, takie jak sukcesja, czyli zasiedlanie przez organizmy nowych obszarów za cofającymi się lodowcami. Po drugie są tam całkiem młode ekosystemy, bez dużego wpływu człowieka. Po trzecie to świetne miejsce do badań rozchodzenia się gatunków w skali czasu i powstawania nowych ze względu na obecność barier takich jak lodowce. Po czwarte organizmy na lodowcach w Arktyce znane są z wysokiej odporności na promieniowanie UV czy produkcji enzymów aktywnych w niskich temperaturach, a to duży potencjał biotechnologiczny. Po piąte Arktyka wciąż czeka na odkrycie i opisanie bioróżnorodności. I po szóste, co najważniejsze, wszelkie zmiany zachodzące w Arktyce odbiją się w Europie. Mam tu na myśli potrzebę stałego monitoringu obszarów arktycznych i dostawy wody słodkiej z lodowców do oceanów. Jestem świeżo po udziale w konferencji Arctic Science Week w Pradze i prawdę mówiąc, tych powodów jest znacznie więcej od politycznych, jak cofający się lód morski otwierający nowe szlaki handlowe, po problemy związane z zasobami naturalnymi.

 

Mógłbyś na stałe osiedlić się na Grenlandii lub Alasce?

Osobiście uważam, że można mieszkać w różnych miejscach, jeśli mamy tam pracę, którą lubimy i rodzinę. Może to być Grenlandia, może to być Alaska. Kto mówi, że trzeba tam spędzić całe życie? Ale uważam, że byłby to ciekawy jego etap.

 

Jakie wrażenie zrobiła na tobie zorza polarna?

Porządną zorzę miałem przyjemność zobaczyć tylko raz, było to na Grenlandii. Kiedy byłem na Svalbardzie, był dzień polarny, tak samo w przypadku Tromso czy Islandii. Grenlandię odwiedziłem we wrześniu, zatem noce były już ciemne. Jeśli miałbym wybrać, co należy zobaczyć w życiu, to z pewnością na tej liście znalazłaby się zorza polarna. Na Grenlandii spędziłem dwa tygodnie. Przez pierwsze noce „czatowałem” na zorzę, ale, niestety, pogoda była kiepska i niebo zachmurzone. Aż tu pewnej nocy budzę się, a niebo za oknem dosłownie się porusza w różnych odcieniach zieleni. Zorza wyglądała jak wzburzone zielonymi falami niebo. To było niesamowite, zwłaszcza że byłem sam w miejscu bez turystów i pustym dookoła. Widziałem też małą zorzę polarną na Alasce, ale nie było to tak spektakularne.

 

Czego najbardziej brakuje w długich podbiegunowych podróżach?

Nigdy takich nie było. Najdłużej wyjeżdżałem na miesiąc. Chyba najlepiej zapytać polarników, którzy spędzają cały rok w stacjach polarnych. Spędzają tam polarne lato, kiedy cały czas jest widno, i polarną zimę, gdy cały czas jest ciemno. Nie ma jak wyjść do pubu, na kręgle lub do innych znajomych. Na stacji zazwyczaj jest około 10 osób. Aczkolwiek stacja stacji nie równa. W Arktyce stacje zwykle są małe, ale zdarzają się miasteczka naukowe jak Ny-Alesund, gdzie jest kilka stacji. Czasem nazwałbym je stacyjkami znajdującymi się obok siebie. Wtedy chyba nie jest się narażonym na samotność. Spektakularnym przykładem jest stacja amerykańska, McMurdo na Antarktydzie, gdzie w sezonie pracuje ponad 2000 osób, a na zimę zostaje kilkaset. Jest tam siłownia, puby, dom kultury. Ale to inna historia… Mówi się często w żartach, że trzeba poczekać, kiedy Amerykanie postawią tam McDonald’sa.

 

Która z tych naukowych wypraw jest dla ciebie szczególnie ważna?

Moim zdaniem każda wyprawa jest ważna. Nawet ta nieudana, ponieważ nauczyła nas czegoś nowego. Oczywiście najbardziej satysfakcjonujące są te, na których można zebrać dużo materiału. Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.

 

Twoje naukowe działania doceniane są na świecie. Współpracujesz z doktorem Stephenem Coulsonem i profesorem Nozomu Takeuchi. Na czym polega ta współpraca. Jak do niej doszło, jakie przynosi efekty?

Prawdę mówiąc, ze Stephenem to już rozdział zamknięty, a z Nozomu cały czas mam kontakt. Ze Stephenem współpracuje masa ludzi. To bardzo otwarty i przyjazny gość. Jeszcze kiedy byłem na studiach, ówczesny promotor powiedział mi, że Stephen Coulson ma ciekawy materiał z tundry i czy chcę się za niego zabrać? Oczywiście, że chciałem. Tym sposobem mamy dwie wspólne prace. Prace naukowe Nozomu znałem, odkąd zacząłem się interesować tym, co żyje na lodowcach, czyli gdzieś od sześciu lat. W jednej pracy na temat zgrupowań organizmów na lodowcach w Himalajach Nozomu wspomniał, że znalazł niesporczaki. Napisałem do niego i zaproponowałem, że jeśli mi wyśle ten materiał, to ja go opiszę. Wyciągnę z tego jak najwięcej danych na temat niesporczaków i napiszemy razem pracę.

 

Nietypowy początek owocnej współpracy…

Tak. Pomysł się przyjął. Napisaliśmy razem już jedną pracę, a kolejna jest obecnie w recenzji. Uważałem, że nic nie stracę, jak napiszę do kogoś z pytaniem o materiał lub o współpracę. Albo dostanę ten materiał, albo ktoś po prostu mi nie odpisze. Tym sposobem udało mi się nawiązać współpracę też z innymi naukowcami. Uważam, że warto inwestować i poznawać ludzi nie tylko w ramach wypraw, ale też w ramach krótkich wizyt na kawę. Tym sposobem napisałem jakiś czas temu do ludzi z Sheffield czy Cardiff, których prace bardzo mi imponowały. Okazało się, że zostałem ciepło przyjęty. Pokazano mi uniwersytet, zjedliśmy obiad, wypiliśmy piwko. Może straciłem masę pieniędzy na podróż, ale za to wiem, jakie realizują projekty, co możemy, a czego nie możemy wspólnie robić. Współpraca się opłaca.

 

Jesteś autorem wielu interesujących artykułów popularno-naukowych, udzieliłeś także wywiadów publikowanych w National Geographic, magazynie New Scientist czy Discover. W jaki sposób dziennikarze dowiedzieli się o niezwyczajnym Polaku?

Myślę, że o normalnym Polaku. Nie ma tu cudów ani czarów. Z National Geographic odezwali się do mnie po wyprawie w 2013 roku na Svalbard. Jeden z dziennikarzy dowiedział się, że szukałem tam niesporczaków. Była to polska wersja, niemniej miałem przyjemność opowiedzieć dla tego magazynu, czym są niesporczaki i jaka jest ich różnorodność. Wywiady dla New Scientist i Discovery Magazine to był już sukces. Na piątym roku studiów, zainspirowany tym, że niesporczaki żyją na lodowcach, postanowiłem napisać pracę, która podsumuje wiedzę generalnie na temat zwierząt, jakie żyją w kriokonitach, czyli niewielkich oczkach wypełnionych wodą na lodowcach. Zorganizowałem kilka osób do pomocy i się zaczęło. W pracy, poza listą gatunków, która wydała się dość uboga, chciałem jak najmocniej podkreślić, że te mikroskopijne zwierzaki są ważne. Opisałem zależności troficzne, przyszłe kierunki badań. Walka o opublikowanie tego tekstu była ciężka i trwała ponad rok, aż się udało. Artykuł opublikowano w czasopiśmie Journal of Zoology. Zaraz po publikacji napisano do mnie ze strony Glacial Hub z pytaniem, czy mogą zrobić notkę o moim tekście. Następnie odezwali się z New Scientist z UK i wreszcie z Discovery Magazine ze Stanów Zjednoczonych. Było to niewątpliwie satysfakcjonujące.

 

Prowadzisz zajęcia tylko ze studentami, osobami dorosłymi czy z dziećmi również? Do których łatwiej się przygotować?

Podczas studiów doktoranckich, bez stopnia od doktora w górę, nie wolno mi prowadzić wykładów. Ale prowadzę ćwiczenia, które często mają charakter wykładu/dyskusji. Zawsze staram się stworzyć atmosferę, w której żaden student nie będzie bał się zadać pytania i będziemy mogli prowadzić dyskusję akademicką na dobrym poziomie. Czasem mam wrażenie, że ludzie boją się pytać, bo boją się, że pytanie może być infantylne. Ja z kolei uważam, że też w takich dyskusjach czegoś mogę się nauczyć. Rozmowa to podstawa. Jeśli chodzi o dzieciaki, to miałem przyjemność prowadzić warsztaty dla dzieci na Poznańskim Festiwalu Nauki i Sztuki, podczas Nocy Biologów czy na Uniwersytecie Dziecięcym. Praca z dziećmi to ciężka przygoda. Trzeba wszystko przedstawiać jak najbardziej obrazowo i mieć masę cierpliwości. Poza tym pytania dzieci są zawsze inspirujące, ponieważ najprostsze pytania są zawsze najtrudniejsze. Dla dorosłych prowadziłem wykłady podczas Nocy Biologów w Poznaniu czy podczas innych eventów popularno-naukowych, jak Bioblitz. Starsze osoby zwykle interesuje aplikacyjne/techniczne zastosowanie rezultatów badań. To też jest wyzwanie, zwłaszcza kiedy ktoś zajmuje się naukami podstawowymi.

 

Jesteś niezwykle aktywnym człowiekiem, niestrudzonym badaczem z dziennikarskim zacięciem, poszukiwaczem popularyzującym naukę. Prowadzisz Crazy Nauka, świetny blog. Kiedy odpoczywasz, czy w ogóle odpoczywasz?

Prawdę mówiąc, nie odpoczywam i nie mogę znaleźć balansu między pracą a życiem. Na Crazy Naukę piszę w wolnych chwilach. Mam momentami wrażenie, że zachowuję się tak, jak scharakteryzował badaczy Edward O. Wilson, najwybitniejszy współczesny biolog środowiska, w swojej książce „Listy do młodego naukowca”. Naukowiec nawet podczas wakacji kombinuje, co można w danym miejscu zrobić, co znaleźć, jaki materiał zebrać, czym się zainspirować. Muszę przystopować, bo zaczyna się to odbijać na moim zdrowiu. Zatem czas najwyższy odpuścić pracę w święta i odstawić na ten czas laptopa i mikroskop.

 

Twoje plany po obronie doktoratu?

Będę szukał jakiejś odskoczni. Marzę o jakimś stażu podoktorskim na zagranicznym uniwersytecie. Chciałbym wyjechać minimum na rok, nabrać powietrza i wrócić z pomysłami. Problem tkwi w zatrudnieniach. Państwowe Akademie Nauk są obsadzone kadrą, a niektóre z tych ośrodków umierają. Z kolei na uniwersytetach mamy do czynienia z niżem demograficznym. Warunkiem zatrudnienia na uniwersytecie jest robienie nauki, ale też obowiązek dydaktyczny. A jak tu uczyć, kiedy ludzi coraz mniej… Jak uda mi się wyjechać, to zaraz po powrocie będę aplikował o finansowanie jakiegoś projektu, dzięki, któremu będę mógł pracować. Jak nie wyjadę, to będę aplikował szybciej. Czas pokaże, nikt nie mówił, że będzie łatwo. System produkuje za dużo pracowników w stosunku do potrzeb uniwersyteckiego rynku. Ale jest to problem nie tylko polski, ale raczej globalny. To już inna historia.

 

Jesteś absolwentem Szkoły Podstawowej imienia Janusza Korczaka w Okupie. Jak wspominasz lekcje przyrody? Był to twój ulubiony przedmiot?

W podstawówce, tak samo jak i w gimnazjum, biłem się pomiędzy historią a przyrodą. Najmilej chyba wspominam lekcje, które się odbywały na dworze. Była to superodskocznia! Poza tym lekcje przyrody prowadzone na dworze pobudzały wyobraźnię, tak samo jak praca w terenie, zwłaszcza kiedy tłumaczono funkcjonowanie biosfery. Świetny pomysł nauczycieli! Wspominam to miło. Dobrze też wspominam kadrę nauczycielską. Z perspektywy czasu i późniejszych doświadczeń uważam, że byli i są dobrymi dydaktykami. Patrząc jakie wieści przynoszą ze szkoły moi siostrzeńcy, sądzę, że nic się zmieniło, dalej jest super. Najważniejsze jest to, że szkoła w Okupie ma swój niepowtarzalny klimat, bardzo rodzinny, którego nie da się zapomnieć.

foto: zbiory prywatne

Wstaw komentarz