• Karnawał zmierza ku końcowi. To ostatni moment, kiedy możemy sobie pofolgować i nie żałować (szczególnie podczas jedzenia pączków). Później czeka nas post.

    Ostatni czwartek karnawału to ulubiony dzień łasuchów. Podczas popularnego tłustego czwartku możemy bezkarnie objadać się pysznymi pączkami. Niektórzy mówią, że jest to magiczny dzień, w którym nie musimy obawiać się, że pochłonięte kalorie wejdą nam w boczki. Pączkami objadamy się na potęgę. Ręce zacierają cukiernicy i sklepikarze. I chociaż są osoby, które za słodkościami nie przepadają, w tłusty czwartek muszą zjeść chociaż jednego pączka lub faworka. Wedle przesądów, kto nie zje niczego tłustego w ten dzień, nie będzie wiodło mu się w życiu. Lepiej więc nie ryzykować.

    Bóg grzech obżarstwa daruje

    Gdy w tłusty czwartek człek w jedzeniu pofolguje, łaskawy Bóg grzech obżarstwa daruje – tłusty czwartek to piękna polska tradycja. To ostatni czwartek przed wielkim postem. Kiedyś obchodzono go restrykcyjnie. W dzisiejszych czasach coraz mniej osób pości. Podczas 40 dni nie wolno było jeść mięsa. Rezygnowano także ze smalcu, serów, jajek, mleka i masła. Nie było mowy o alkoholu. Na kilka dni przed środą popielcową odbywało się wielkie smażenie i gotowanie. Odbywały się biesiady, takie na bogato. Jedzono dużo i tłusto, głównie mięsa. Pączki przygotowywane były początkowo z ciasta chlebowego i nadziewane słoniną, boczkiem lub mięsem. Traktowane były jako zakąska do wódki i mięsa. Słodkie pączki na stołach pojawiły się w XVI wieku. Wkładano w nie migdały lub orzechy. Kto na takiego trafił, miał zapewniony rok w szczęściu i dostatku. Teoretycznie tłustym powinno nazywać się wtorek, przed Popielcem, wszak to ostatni dzień karnawału i na początku rzeczywiście tak było. Jednak błogie obżarstwo tak się spodobało, że stopniowo zaczęto też celebrować poniedziałek. Przygotowanie dwudniowej zabawy wymagało jednak więcej pracy, więc przyrządzanie przysmaków trzeba było rozpocząć dzień wcześniej. Tu pojawił się problem. Niedziela jest niepracująca. W sobotę można pracować, ale tylko do południa. Potem należy wprowadzać się w nastrój świętowania niedzieli. W takim razie piątek! Też odpada, w końcu to dzień, w którym na pamiątkę męki Chrystusa zwyczajowo pości się przez cały rok. I tak pozostał tylko jeden rozsądny dzień – czwartek.

    Smakowita tradycja

    Istnieje wiele odpowiedników naszego tłustego czwartku. We Francji obchodzi się mardigras. Francuzi organizują festiwale i parady. Na ulice wychodzą w karnawałowych przebraniach. Mardigras obchodzi się w ostatni dzień przed środą popielcową. Można więc go nazwać „tłustym wtorkiem”. Tak samo jak w Polsce społeczeństwo pozwala sobie na wielkie obżarstwo. Francuzi zajadają się goframi, faworkami i podobnie jak u nas pączkami. Tradycyjnym daniem są naleśniki z sosem pomarańczowym. W Wielkiej Brytanii obchodzi się „Pancake Tuesday”, czyli naleśnikowy wtorek. Brytyjczycy ostatni dzień karnawału spędzają przy stole suto zastawionym naleśnikami. Mogą być na słodko z bitą śmietaną, dżemem czy czekoladą, ale również w wersji wytrawnej. Oprócz rodzinnego smażenia naleśników na Wyspach organizuje się naleśnikowy wyścig. Zawodnicy biegną i jednocześnie podrzucają na patelni naleśnika. Niemiecka odmiana tłustego czwartku świętowana jest najhuczniej w nadreńskich miastach i nazywana jest babskim karnawałem. Tego dnia mężczyźni nie powinni opuszczać swoich domów w krawatach, bowiem mogą one zostać obcięte przez kobiety czyhające z nożyczkami. Odbywają się defilady, a dzień jest wolny od zajęć w szkole. W niemieckich piekarniach sprzedawcy przebierają się za diabły. Warto jednak tam zajrzeć, bowiem fantazja cukierników nie zna granic i oferowane są pączki z różnorakimi nadzieniami, posypkami i polewami. Skandynawski tłusty czwartek wypada… w niedzielę. W ostatnią przed wielkim postem Norwegowie zajadają pączki, oponki i słodkie bułeczki. Dzieciaki przebierają się. Natomiast w Rosji nie ma mowy o jednym dniu świętowania, ale o tygodniu. Maslenica to prawosławna tradycja, a święto rozpoczyna się siedem tygodni przed Wielkanocą. Zwana jest także serowym tygodniem lub mięsopustem, gdyż w przeciwieństwie do innych krajów, w których tamtejsze odmiany tego święta wiążą się z niekontrolowanym obżarstwem, maslenica rozpoczyna bezmięsny post. Każdy dzień wiąże się ściśle z innymi tradycjami, lecz podczas całego tygodnia świętującym towarzyszą naleśniki, które smażą wspólnie z rodziną. W środę natomiast tradycja nakazuje zastawić stół obfitymi potrawami: słodkie symbolizują udane życie miłosne, czerwony kawior przeznaczony jest dla osób chcących powiększyć rodzinę, a naleśniki ze śmietaną to danie na dobre zdrowie.

    Śledzik i zapust

    Tradycja zabawy ostatkowej sięga odległych wieków. W różnych częściach kraju ostatki nazywają się: zapustem, śledzikiem, podkoziołkiem. Zwyczajowo zaczynają się od tłustego czwartku i kończą we wtorek. Dzisiaj ostatki spędzamy w klubach, na zabawach tanecznych. Kiedyś wiązały się z wieloma obrzędami. Oczywiście nie rezygnowano z biesiad przy suto zastawionych stołach. Nie mogło również zabraknąć alkoholu. Popularne były maskarady lub maszkary, czyli zabawy polegające na zakładaniu masek. Kulig był zabawą wyłącznie stanu wyższego, czyli szlachty i magnaterii. Polegał zazwyczaj na odwiedzaniu się sąsiadów z całej okolicy. Kuligi staropolskie musiały być wcześniej bardzo starannie zaplanowane. Trzeba było ustalić kolejność odwiedzin, przygotować domy na przyjęcie z noclegami coraz większej liczby gości oraz zaopatrzyć spiżarnię i piwniczkę. Kilkugodzinna przejażdżka na mrozie zaostrzała apetyty, więc ze stołu bardzo szybko znikały ogromne misy zwierzyny, kiełbas, zrazów, szynek, kapusty i delikatniejszych potraw i ciast. Najważniejszą potrawą był bigos. Zwyczaj nakazywał spełniać toasty tylko winem. Bawiono się do białego rana, potem rozchodzono na krótki odpoczynek. Zjadano śniadanie z obiadem, dziękowano za przyjęcie, pito strzemiennego i wraz z gospodarzem ruszano dalej do następnego dworu. Kuligi były bardzo modne w okresie międzywojennym, ale już nie tak huczne jak te szlacheckie. Później organizowano je głównie dla dzieci. W miastach bawiono się pod gołym niebem, urządzając barwne pochody maskaradowe. Już na początku XVI w. znane były wyroby krakowskich rzemieślników, trzy rodzaje zapustnych masek dla dam. W owym czasie głośno było o balach karnawałowych w Gdańsku. Urządzano je w Dworze Artusa i w domach cechowych. Najsłynniejsze jednak były bale warszawskie. W latach międzywojennych zwyczajem stały się bale na cele dobroczynne, które są organizowane do dzisiaj. Na wsi z kolei ucztowano w karczmach. Po wsiach zaczęły chodzić turonie, niedźwiedzie i wilki, drogami włóczyły się tabuny wesołych przebierańców, odwiedzających domy i zbierających dary. Twarze czerniono sadzą, wkładano różne dziwaczne stroje, ściskano przypadkowych przechodniów na ulicy; jednym słowem dzielono się wesołością z innymi, domagając się przy tym pieniędzy bądź jedzenia. Specjalnie na zapusty przygotowywano wesołe piosenki. Innym zwyczajem było wprzęganie do dębowej kłody tych chłopców i dziewcząt, którzy w karnawale nie zdążyli stanąć na ślubnym kobiercu lub się zaręczyć. W karczmie osoby samotne musiały się wykupić, stawiając wszystkim jadło i gorzałkę. Podobny sens miała zabawa zwana podkoziołkiem. W ostatni wtorek przed Popielcem niezamężne kobiety spotykały się w karczmie i tańczyły ze sobą, rzucając pieniądze na stojący w pobliżu orkiestry talerz. Był to okup za życie w stanie wolnym, a także ofiara na intencje przyszłego szybkiego zamążpójścia. Dobrej zabawy!

    Udostępnij