Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

| March 25, 2019

Scroll to top

Top

No Comments

Gwardia ostatniej pomocy

Gwardia ostatniej pomocy

Przypominamy tekst Mileny Chmielewskiej, wyróżnionej właśnie na Local Press 2013.

Hospicjum często kojarzone jest z umieralnią, miejscem przejściowym. Niełatwo codziennie stykać się ze śmiercią, z ludźmi, którzy lada dzień mogą odejść. Nierzadko są to osoby młode. W tekście chcę pokazać, jak ciężką chorobą jest rak, który wyniszcza i zabiera najukochańsze nam osoby.

Niech ten artykuł da także do myślenia, zburzy stereotypy. I będzie ukłonem i hołdem dla pielęgniarek, lekarzy i wszystkich osób związanych z tą instytucją. Niech wiedzą, że są doceniani, szanowani i podziwiani za ciężką pracę, w którą wkładają całe swoje serce.

Stanisław

Pan Stanisław z Kolumny wie, co to rak. Niedawno pochował swoją żonę. Zaczęło się niewinnie.

– Żona powoli traciła pamięć, zgłosiła się do szpitala w Łasku, jednak wyniki były dobre. Ona czuła, że jest źle. Traci pamięć, a niby wszystko jest w porządku? Pojechaliśmy do Zduńskiej Woli, zrobiono badania, okazało się, że guz jest bardzo głęboko między oponami mózgowymi. To był szok – opowiada.

Potoczyło się bardzo szybko. Rodzina jeździła po całej Polsce, szukając ratunku dla chorej. Dopiero w klinice w Poznaniu pacjentkę poddano zabiegowi z wykorzystaniem fal radiowych. Niestety, stadium choroby było już bardzo zaawansowane, więc fale polepszyły tylko w niewielkim stopniu stan zdrowia pacjentki. Bliscy trafili do pabianickiego hospicjum.

– Wspaniałe siostry opiekowały się małżonką przez cztery miesiące, przychodziły, kiedy była potrzeba, nigdy nie odmówiły pomocy. Podarowały mi bardzo dużo, nie dawały zgubnej nadziei. Były z nami do ostatniego momentu, nawet jak moja żona już zmarła, pielęgniarka przyjechała do nas. Zupełnie inne podejście, tym kobietom należą się medale – mówi wzruszony pan Stanisław.

Przyznaje również, że cały czas tliła się w nim nadzieja na pokonanie nowotworu, mimo iż lekarze nie dawali szans.

– Do końca wierzyłem w cud, przecież cuda się zdarzają. Żona była pewna, że wyjdzie z tego. Do ostatniego momentu była świadoma, tylko że nie mówiła. Gasła, była coraz cichsza. Umarła spokojnie. Teraz pozostała tylko pustka i żal.

Alina

W tej samej miejscowości mieszka Alina. Jej mąż zmarł w wieku 57 lat. O chorobie najbliżsi dowiedzieli się po badaniach kontrolnych.

– Męża bolało ucho, poszedł więc do lekarza. Doktorowi nie podobała się za to krtań, zlecił więc badania kontrolne. Tak wyszedł rak.

Kobieta wraz z dziećmi szukała pomocy w całej Polsce. Niestety, nawet na chemioterapię było już za późno. Pacjent skierowany został do hospicjum.

– Naprawdę nie można złego słowa powiedzieć. Pielęgniarka nauczyła mnie wielu rzeczy. Należy im się naprawdę godziwe wynagrodzenie za pracę, jaką wykonują. Dbają tak o pacjentów, że ja byłam w szoku. Zupełnie inna opieka niż w szpitalu. Widać, że siostry wkładają w pracę dużo serca i zaangażowania. Złego słowa nie można powiedzieć. Bardzo je podziwiam.

Pacjent podczas opieki również nie szczędził gestów uznania dla naszych pielęgniarek.
– Całował je po rękach, na kartce pisał, że chce poczekać na siostrę, żeby ona założyła opatrunek – dodaje pani Alina.

Do końca swych dni poruszał się o własnych siłach. Lubił przesiadywać na podwórku, gdzie obserwował swoje gołębie. Jednak szybko postępująca choroba i prawdopodobnie bakteria spowodowały wyniszczenie organizmu. Mężczyzna szybko tracił na wadze, w ostatnich dniach widać było znaczne osłabienie.

– Nic go nie bolało. Końcowe dwa dni widać było, że gaśnie. Pomału zamykał oczy. Teraz najgorsze są noce, bo w dzień się jeszcze coś zrobi, ale te samotne noce… – urywa kobieta.

hands

Krystyna

Ma 54 lata. Krystyna jest chora na nowotwór złośliwy oskrzela i płuca prawego z przerzutami do mózgu. Kiedy spotkałyśmy się, doznałam szoku. Sama otworzyła mi drzwi. Byłam zdziwiona, ponieważ nie wygląda na osobę, która nosi w sobie to „paskudztwo”. Zdradzić ją może jedynie chustka, którą nosi na głowie.

– Tyle się mówi o profilaktyce, szkoda, że lekarze robią wielką łaskę, gdy prosi się ich o skierowanie na specjalistyczne badania. Nigdy nie zapomnę daty, kiedy dowiedziałam się, że jestem chora, to był styczeń. Już ubiegłego roku czułam się źle, jednak nikt nie chciał mi dać skierowania na prześwietlenie płuc, mówiono, że to kręgosłup. Tak mnie bolało, że spałam na siedząco. Wyobraża sobie pani taki ból, żadne tabletki mi nie pomagały. Ojciec chorował na raka płuc, czułam też, że ze mną jest coś nie tak. Na lekarzu wręcz wymusiłam to skierowanie – opowiada kobieta. – Jeszcze tego dnia, kiedy robiono mi prześwietlenie zadzwonili do mnie z przychodni, żebym skontaktowała się z lekarzem, wysłali mnie do szpitala. Już wtedy wiedziałam, że jest źle.

Pani Krystyna nie poddawała się, rozpoczęła leczenie w bydgoskiej klinice. Poddano ją zabiegowi chemioterapii, który zaczął powoli skutkować. Niestety, pewnej nocy nastąpił przerzut do mózgu.
– Nie pamiętam nic, postawiono na mnie krzyżyk. Pan doktor dał skierowanie do hospicjum. Jak siostry zaczęły przychodzić, leżałam, nie kojarzyłam nic. Pewnego dnia, jakimś cudem wstałam z łóżka, owinęłam się kocem i powiedziałam, że chcę jeść. Cały oddział się radował.
Dostała ciężką „chemię”, po której poczuła się lepiej. Przyznaje, że wie, iż nie ma szansy na wyleczenie, cieszy się za to każdym dniem.

– Może gdyby nie było przerzutów. Wiem, że nigdy nie będę zdrowa. Wraca mi pamięć, charakter pisma, to już jest duży sukces. Walczę o każdy dzień. Ważne jest, że żyję. Nie zadaję sobie pytania dlaczego ja, bo po co. Widziałam tylu młodych ludzi, co chorują. To jest straszne. Nie liczę na cud, bo to, że mogę sama mieszkać, sama funkcjonuję, już jest cudem samym w sobie. Teraz wiem – najważniejsze jest zdrowie, dopiero jak człowiek jest chory, wtedy docenia je. Owszem miałam chwilę załamania, ale dużym wsparciem była rodzina. Myślę, że wsparcie rodziny, przyjaciół dużo mi pomogły.

Ryszard

Walkę również podjął 58-letni Ryszard. O tym, że jest chory, dowiedział się przez przypadek.

– Nic mnie nie bolało, zauważyłem tylko, że w moczu jest krew. Zaniepokoiło mnie to, więc poszedłem do lekarza, a on stwierdził, że to zaawansowana prostata.

Mężczyzna przez trzy miesiące leczony był nie na tę przypadłość co trzeba, stwarzało to duże niebezpieczeństwo, ponieważ guz na pęcherzu osiągnął rozmiary pięści. Dopiero po tym okresie dostał skierowanie do szpitala. Po zrobionym wycinku wyszło, że to nie prostata, lecz guz na pęcherzu. Mężczyźnie udało się dotrzeć do urologa. W szpitalu w Tuszynie przeprowadzona została operacja.

– Miałem dość naszej placówki, dali mi takie znieczulenie, że podczas przeprowadzanego wycinka wszystko czułem.

Chory również leczy się w Bydgoszczy, poddany został zabiegowi chemioterapii i radioterapii. Do pabianickiego hospicjum trafił przez lekarza rodzinnego.

– Nie myślałem, że ta instytucja jest aż tak potrzebna. One wiedzą, co robią. Są w stanie naprawdę bardziej pomóc. Jeżeli coś mi dolega, mogę zadzwonić i zawsze mi coś doradzą, przyjadą…

Monika

Dziś 48-letnia Monika może powiedzieć, że jest zdrowa. Jednak koszmar, jaki przeżyła 11 lat temu, jest nie do opisania.

– Miałam silne bóle podbrzusza. Lekarze mnie olewali. Rok trwało, zanim zdiagnozowali u mnie raka szyjki macicy. W pewnym momencie tak mnie bolało, że powiedziałam: nie wyjdę z gabinetu, póki nie skierujecie mnie do szpitala. Tam dopiero dowiedziałam się, że mam raka. Czekałam miesiąc, zanim trafiłam na oddział onkologii. W międzyczasie nikt nie interesował się, czy mnie boli, czy cierpię.

Monika spędziła dwa miesiące na oddziale. Niestety, na operację było już za późno. Poddana za to została radioterapii i chemioterapii. Do hospicjum trafiła przez koleżankę. Czas oczekiwania wynosił trzy dni.

– Jest kolosalna różnica między szpitalem a hospicjum. Jestem pełna podziwu, że tak o mnie dbali, tym bardziej że opiekowali się mną bardzo długo. Uważam, że hospicjum to wybawienie dla chorego. Jest się w domu z rodziną, pielęgniarka dojeżdża. To duży komfort.

Proces leczenia trwał parę lat. Stopniowo poprawiał się stan zdrowia Moniki. Bardzo silny organizm szybko się regenerował.

– Ważna jest też psychika, moja nie siadła. Nie można się załamywać. Nie rozpaczałam, mówiłam „nie boję się śmierci”, przecież każdego to czeka. Martwiłam się jedynie o córki, ponieważ jedna była w liceum, a druga w szkole podstawowej. Dużo przeszłam, ale choroba mnie wzmocniła.

Jestem spełniona
Tak mówi jedna z pielęgniarek, która wcześniej pracowała w szpitalu.

– Lubię tę pracę i traktuję ją bardzo poważnie. Nie zamieniłabym swojego zawodu za nic w świecie. Wiem, że dzięki niej chorzy nie zostaną sami, że ktoś się nimi zaopiekuje, pomoże. Ciężkie jest na pewno pierwsze spotkanie z pacjentem i rodziną, wkraczamy na obcy teren, nie znamy się nawzajem. Wiem, że jest to ciężka praca, ale trzeba oddzielić grubą kreską sprawy rodzinne od zawodowych, ponieważ może dojść do tak zwanego „wypalenia zawodowego”. Był taki moment, kiedy przeżyłam bardzo jedną sytuacją. Pacjentowi urodziło się dziecko, byłam wtedy u niego, a dwa dni później zmarł. Niestety, tak też się zdarza, że odchodzą osoby młode. W tym zawodzie trzeba być silnym psychicznie.

Będziemy się rozwijać Pabianickie Stowarzyszenie Opieki Hospicyjnej liczy 7 pielęgniarek, 4 lekarzy, psychologa i rehabilitanta. Działa na terenie powiatu pabianickiego, łaskiego, a także części łódzko-wschodniego. Pracownicy hospicjum opiekują się chorymi w ich domach.

Prezes Elżbieta Ruta przyznaje, że praca nie tyle jest ciężka, co odpowiedzialna.

– Pielęgniarki muszą być rzetelne, sumienne, przygotowane. Wykonując ten zawód, trzeba mieć dystans do śmierci, ponieważ cały czas ocieramy się o nią. To praca nie tylko z chorym, ale też z rodziną. Najtrudniejsze jest zawsze pierwsze spotkanie z pacjentem, musimy go oswoić, przekonać, że mamy wiedzę w tym temacie. Sądzę, że to specyficzny fach. Trzeba w nim być samodzielnym, musimy uzupełniać wiedzę. Mam nadzieję, że dane nam będzie pracować w domu pacjentów, ponieważ jest to dla nich duży komfort. Moim marzeniem jest hospicjum stacjonarne, a póki co – dalej się rozwijamy.

Milena Chmielewska

Wstaw komentarz